Prezentujemy obszerną relację autorstwa znakomitego tragi-komika polskiej sceny wspinaczkowej, filozoficznej oraz humorystycznej, który skłonny był przejechać pół Polski by wziąć udział w tych niebagatelnych wydarzeniach:

„Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją”

Na odrzwiach bramy ten się napis czyta.

420 stopni dookoła Ziemi.

Na początku pewna uwaga ogólna. Od kiedy w Polsce na masową skalę zaczęto organizować towarzyskie zawody wspinaczkowe – zazwyczaj bulderowe – rozpoczęło się też eksperymentowanie zarówno z formą, jak i treścią takiej rywalizacji. Wyzwoleni z gorsetu reguł pucharowych mogli organizatorzy zadawać coraz śmielsze pytania zarówno o „co?” zawodów (baldy z topami poniżej chwytów startowych, dogrywka dla dziewczyn na woskowanym słupie na Trafo…), jak również o tychże zawodów „jak?” (finały układane przez finalistów, finały open etc.; w odwodzie czeka, niezrealizowany jeszcze, pomysł zorganizowania finałów przed eliminacjami).

PEŁNE WYNIKI TUTAJ

Tegoroczne GATO Session, ośmielone sukcesem zeszłorocznej edycji, postanowiło kontynuować nowatorską formę, ale podniesioną do kwadratu – powtórzenie pomysłu dwudziestogodzinnych eliminacji okraszono dodatkowym finałem dla szóstki najlepszych, w którym, oprócz zwyczajowych balderów i prowadzenia, wymagano od zawodników dodatkowo dry-toolingu po drewnianych palach. „Co” i „jak?” tegorocznych zawodów w Toruniu nie pozwalają przejść obok tej imprezy obojętnie. Ale po kolei…

Prywatny przedział (fot.Gadzic)

Prywatny przedział (fot.Gadzic)

Organizowane na ścianie GATO pod śmiałym przewodnictwem Agaty i Czarka Modrzejewskich (kiedyś pomagała im również Agatka Wiśniewska, ale tego nazwiska nie znalazłem na tegorocznej liście organizatorów), GATO Session tradycyjnie ściągają wspinaczy nie tylko z Torunia i Bydgoszczy, ale z całej północnej części naszego kraju, a także, chociaż mniej licznych, gości z odleglejszych ośrodków.

Zawsze też integralną częścią wydarzenia jest rywalizacja juniorów. I w tym roku nie było inaczej, zaś wizyta mieszkańców małopolski (w tym redaktora Gaduły) stała się okazją do bezpośredniej relacji. Niżej podpisany co prawda w samych zawodach nie brał czynnego udziału, pełniąc, na zaproszenie Czarka, rolę irytująco-ekspresyjną za pomocą mikrofonu i wzmacniacza, niemniej dzięki temu był naocznym świadkiem całokształtu zdarzeń, które rozciągnęły się, olaboga, na dwadzieścia osiem godzin, od rozpoczęcia eliminacji w sobotę o ósmej wieczorem, aż do wyłonienia zwycięzcy wśród panów na przełomie niedzieli i poniedziałku. Innymi słowy – wspinanie trwało niemal bez przerwy przez okres, w którym Ziemia wykonuje obrót wokół własnej osi o 420 stopni…

Piotruś kosztuje życia po kosztach (fot.Gadzic)

Piotruś kosztuje życia po kosztach (fot.Gadzic)

Początek zawodów zadał kłam regule, wedle której opóźnienie jest integralną częścią każdego planu (potem miała ona wiele razy się potwierdzić, co w żaden sposób nie zamieni naszej nader pozytywnej oceny organizacji całego przedsięwzięcia). Niemal równo z wybiciem dwudziestej godziny rozpoczęły się najdłuższe w Polsce eliminacje, stanowiące przy okazji zasadniczy korpus zawodów (wszak na 138 zawodników, w finale miała znaleźć się zaledwie szóstka w każdej z trzech kategorii – pań, panów i „juniorów”, to znaczy tych, którzy nie przekroczyli piętnastego roku życia; przy czym juniorzy startowali dopiero od ósmej rano dnia następnego).

Przygotowano sto zadań wspinaczkowych, w tym sześćdziesiąt przystawek, trzydzieści pięć dróg wędkowych oraz pięć linii do poprowadzenia. Za każdą pozycję przysługiwał punkcik, nie licząc dróg z dołem, na których można było zarobić ich sześć lub trzy (za połowę drogi, coś jakby odpowiednik bulderowego bonusa). Do tego kilka przystawek dodatkowych: szmata, szpagat, zjedzenie obiadu (serio) etc., w sumie około 120 punktów do zdobycia. Ponieważ zasada fair play została potraktowana dosłownie, zatem obyło się bez sędziów, tak, że każdy startujący samodzielnie notował swoje osiągnięcia (rzecz jasna nieśmiertelne kartki z wynikami były w użyciu). Nie to jednak najciekawsze…

Szumiłek kontempluje przed natarciem (fot.Jodłow)

Szumiłek kontempluje przed natarciem (fot.Jodła)

Rzeczą najbardziej interesującą, przynajmniej z punktu widzenia leszcza, który nigdy w podobnym wydarzeniu nie brał udziału, było coś, co trudno nazwać, a łatwiej zaobserwować – przebieg zmian w atmosferze zawodów, ich tempie, intensywności i, powiedzmy, „duchu” na przeciągu wszystkich godzin. Ponieważ za punkt honoru postawiłem sobie przytomność wszystkiemu, co się wydarzy (przez co zdarłem głos niemożebnie), przeto uzyskałem możliwie pełen obraz sytuacji, uszczuplony co prawda o doświadczenie najważniejsze, to znaczy doświadczenie zawodnika. Niemniej, starałem się możliwie skrupulatnie obserwować sprawy tak osobliwe.

Gadzic (KS Korona, 5.10, MJ Sport) udaje, że wie co robi (fot.Jodłow)

Gadzic (KS Korona, 5.10, MJ Sport) udaje, że wie co robi (fot.Jodła)

Początek zawodów, w związku z najdogodniejszą, jak wiadomo, porą do wspinania oraz powszechną mobilizacją, był najbardziej energetycznym momentem eliminacji. Pod ścianą kłębiły się tłumy, do dróg powstawały kolejki znane z tych na Lechworze, tworzyły się abstrakcyjne reguły obliczania kolejności. Zarysowywały się też różnice taktyczne. Jedni zaczęli od boulderów, inni, po krótkiej rozgrzewce na najłatwiejszych problemach, wiązali się liną i atakowali tzw. big walla (Czarek nie obrazi się, jeśli powiemy, że nazwa nieco na wyrost, aczkolwiek bardzo użyteczna ) z dołem.

Niektórzy szli spać jeszcze przed drugą, niektórzy (w tym bohaterski redaktor Gaduła) brali taktykę „na wyczerpanie” wspinając się ile fabryka dala – do wczesnych godzin rannych. Około pierwszej szeregi poczęły delikatnie topnieć, od trzeciej na podłogach gęsto było od pełnych śpiworów. Między czwartą, a ósmą rano (kiedy to pojawili się najmłodsi uczestnicy zmagać, wznosząc na powrót ożywienie) zawody przechodził fazę R.E.M, podtrzymywane przez sztafetę nocnych Marków.

W godzinach przedpołudniowych coraz to liczniejsze zmartwychwstania przyjezdnych oraz powroty z domowych pieleszy licznych lokalsów sprzyjały powolnemu odrodzeniu się pierwotnej atmosfery totalnego napierania, przy czym nie dało się ukryć powszechnego, choć jednoznacznie pozytywnego, zmęczenia maratonem. Spojrzenia, coraz to bardziej błędne, sprzyjały uporowi w determinacji. Na dwie godziny przed końcem atmosfera na nowo osiągnęła apogeum, co kojarzyło mi się z nerwowością ostatniego kwadransa na „normalnych” zawodach w formule open. Rzecz o tyle charakterystyczna, że te dwie godziny to zazwyczaj cały czas, jaki dany jest na pokonanie problemów eliminacyjnych…

Kafar udaje, że wie co Gadzic robił (fot. Jodłow)

Kafar udaje, że wie co Gadzic robił (fot. Jodła)

Wreszcie dwudziesta godzina minęła. Przekrwione oczy zawodników przejrzały spojrzeniem pełnym ulgi i poczucia dobrze spełnionego obowiązku, przekrwione oczy organizatorów zaś nerwowością związaną z koniecznością ogarnięcia zbliżających się finałów.

Na pierwszy ogień poszli juniorzy (wśród nich zaś jedna juniorka), poza jednym przypadkiem reprezentującym lokalnych instruktorów. tymczasem to właśnie Igor Fojcik pokusił się o wygranie finału pierwszej z kategorii, powtarzając skuteczność bulderową większości stawki (do pokonania w finale były trzy baldy i jedna droga, przy czym ekipa kręcąca wyraźnie nie doceniła bulderowych kompetencji najmłodszych), a następnie zdecydowanie dystansując pozostałych na „big wallu”, na którym przyszłość polskiego wspinania łoiła po nieznacznie tylko ułatwionej drodze dla dziewczyn i radziła sobie bardzo przyzwoicie.

Poza tym szczególne brawa dla Kasi Dragan oraz Maćka Śliwki – jedyna niewiasta juniorskiego finału nie ustępowała pola kolegom, jak przystało na przedstawicielkę płci pięknej prezentując nie tylko nienaganną technikę, ale i właściwe przyładowanie, zaś najniższy i chyba najmłodszy z finalistów zaimponował determinacją w zacięciu godną przyszłego taternika! Słowem, torunianie czują oddech własnej młodzieży na plecach.

Gadzic (KS Korona, 5.10, MJ Sport) na drodze finałowej/drajtulowej (fot. Jodłow)

Gadzic (KS Korona, 5.10, MJ Sport) na drodze finałowej/drajtulowej (fot. Jodła)

Finały dorosłej części stawki, jak wspomniałem, okraszone zostały niespodzianką w postaci dodatkowej konkurencji „dry-toolowej”. Czarek pobudował przed ścianą w Toruniu potężne konstrukcje drewniane, wysokie, groźne i imponujące, których nie użyć byłoby grzechem zaniedbania okazji do autopromocji. Więc użył. Ponieważ istniało uzasadnione przypuszczenie, że większość zawodników jest w sanie pomylić dziabę z górniczym kilofem, zaś co do raków, to wiedzą z czym to się je, natomiast niekoniecznie jak się tego używa, tedy w pniaku finałowym nawiercił potężne dziury, aby oszczędzić publice zbyt długiego stania na mrozie (- 13 stopni).

Podziało się też zgodnie z oczekiwaniami – wśród panów wszyscy wciągnęli nowinkę noskiem, tak że stanowiła zaledwie przyjemną i humorystyczną przystawkę przed baldami i drogą finałową, panie nieco rozrzuciło i nie każda podziabała do samego końca, co pozostało nie bez wpływu na ostateczne wyniki. Publika tymczasem przerzedziła się znacznie, uciekając przed mrozem w głąb centrum toruńskiego wspinania, po czym i same zawody udały się jej śladem.

Jakub Jaworski pewnie dokłada do topu (fot.Jodłow)

Jakub Jaworski pewnie dokłada do topu (fot.Jodła)

Druga finałowa konkurencja, buldering, dostarczyła może mniej rozrywki, ale więcej za to wrażeń wspinaczkowych. Pomimo późnej pory (była już godzina dziewiąta wieczór, a więc przekroczyliśmy byli magiczną granicę pełnej doby), nastąpiło wyraźne ożywienie. Przystawki pań dały okazję do licznych topów, co stanowiło doskonałe sole trzeźwiące dla trybun, zapełnionych wszak uczestnikami morderczych eliminacji.

Szczególnie podobać się mogła Zagubień Aleksandra, wspinająca się od dwóch zaledwie lat, elegancko nadrabiająca mniejszy od koleżanek przypak nienaganną techniką. Dodajmy, że cześć niewiast, oprócz niewątpliwej urody, zachwycała dodatkowo ozdobami z taśmy wygrodzeniowej żółto-czarnej, nawiązując podobno do jakiejś Lady Gagi, o której jednak piszący te słowa ma na tyle blade pojęcie, że skupiał się na kontemplacji urody, pozostawiając odniesienia muzyczne bardziej wyrafinowanym odbiorcom.

Piotruś na drodze finałowej (fot. Jodłow)

Piotruś na drodze finałowej (fot. Jodła)

Panowie, podobnie jak panie, startowali na trzech przystawkach, spośród których najciekawiej prezentowała się środkowa, sprowadzająca swoje trudności do wygiełgania się na potężna strukturę w kształcie spłaszczonej, pomarańczowej półkuli. Podobno inspiracją dla tego problemu była czarkowa łysinka, z każdym rokiem coraz elegantsza i bardziej nobliwa. Prawda, nie wszyscy próby te przetrwali (aczkolwiek Gaduła i Piotrek Schab dzielnie dali radę technicznemu, anty-koroniarskiemu przecież problemowi).

Patryk Moskal na anty-koroniarskim problemie (fot. Jodłow)

Patryk Moskal na anty-koroniarskim problemie (fot. Jodła)

Na koniec przyszła pora prowadzenia, zważmy, że była już godzina dziesiąta z okładem. Pierwsza linia frontu należała do pań, których występy pozwoliły ustalić następującą kolejność na podium:

1. Paulina Pytlak,
2. Ania Orłowska
3. Ola Zagubień

O ile wyniki finałów niewieścich były pokłosiem nie tylko prowadzenia, ale też dry-toolingu, a także – w mniejszym, ze względu na podobieństwo wyników – bulderingu, o tyle u panów sytuacja była bardziej klarowna.

Komplet topów na dziabach sprawił, że konkurecja ta – zgodnie zresztą z zamierzeniem – nabrała charakteru radosnego preludium, zaś po przystawkach pierwsze miejsce eq eqou zajmowali Patryk Moskal, Kuba Jaworskie i „nasz, nasz!” Piotrek Schab (Gaduła, Ciemielewski Piotr – nie wiedzieć czemu zwany „Kafarem” i Kuba Szumiało pogubili pojedyncze punkty na przystawkach).

Można było zasadnie spodziewać się, że boje o palmę pierwszeństwa zaangażują przede wszystkim tych trzech – przypuszczenie to stało się tym bardziej prawdopodobne, gdy z samego końca bardzo efektownej drogi finałowej polecieli Kafar i Gaduła, pozwalając liczyć, że tam właśnie rozegra się dramat. Tak też było – Piotrek poleciał z ostatniego ruchu, lądując na trzecim miejscu, idący zaś po nim Patryk Moskal brawurowo zatopował. Rzęsiste oklaski, jakie obaj otrzymali, były dowodem, że publika nie śpi, mimo późnej pory (dochodziła już północ podówczas). Startujący na samym końcu Kuba Jaworski stał przed jasną sytuacją – najlepszy wynik w eliminacjach gwarantował mu zwycięstwo, TOP jednakowoż stanowił warunek sine qua non.

I z tego że to topu, wspinający się nienagannie i ze zjawiskową prędkością Kuba, elegancko walnął, spadając na drugie miejsce w tym dramatycznym, pełnym zwrotów finale finału!!

Już po zawodach (fot. Gadzic)

Już po zawodach (fot. Gadzic)

Z Torunia wyjechaliśmy pociągiem o drugiej trzydzieści, to znaczy mieliśmy wyjechać, ale pojechał, kiedy kupowaliśmy bilety. Po godzinie siedzieliśmy już jednak w następnym TLK, którym bez przygód dotarliśmy wreszcie do Krakowa, po najdłuższej nocy wspinaczkowej w naszym życiu. Ja nie miałem głosu, Gaduła nie miał siły i czuliśmy się jak po dobrej wódce, choć przecież niczego nie piliśmy.

Byliśmy natomiast pełni uznania dla Czarka za odwagę nowego otwarcia pytania o „jak?” zawodów bulderowych. Niewątpliwie też zawitamy do Torunia za rok.

Andrzej Mecherzyński Wiktor

Oddaje głos do studia! (fot.Gadzic)

Oddaje głos do studia! (fot.Gadzic)

 

Zajawka z zawodów:

Brak powiązanych wiadomości