Sobota. 13:00. Polski biegun ciepła, zwany również Tarnowem, bądź (najczęściej przez uziemionych w Ojczyźnie korpo-menów) Tarnem.
- Przepraszam, proszę Pani, wie Pani może gdzie tu jest ścianka wspinaczkowa? 

Babcia aktywnie wymachująca kijkami do Nordic Walking zatrzymuje się i spogląda na nas krzywym wzrokiem. Mieszka tu od urodzenia, ale o takich cudach jeszcze nie słyszała.
- Ścianka wspinaczkowa?

W jej coraz większych oczach widzimy niedowierzanie zmieszane z pogardą.
- Gokarty to tak…to musi Pan skręcić w prawo.
- Ale nam chodzi o ściankę wspinaczkową.

Starsza Pani wygląda jakby miała zaraz sięgnąć do torebki po gaz pieprzowy. Dochodzi do nas, że czas się zwijać. Kochanowskiego 23… Kochanowskiego 25… Kochanowskiego 28…. Kochanowskiego 35… A 30. to niby gdzie?! Czujemy się jak mugole, pragnący dostać się na peron 9 i 3/4. W końcu udaje nam się dodzwonić do Tomy…

Ściana La Roca zdaje się leżeć na końcu świata i choć klimat miejsca bardzo nam odpowiada, bo przywołuje na myśl dawne (lepsze) oblicze Stratosfery to czas pozostały do startu naszej grupy działa na nas już zupełnie inaczej. W 15 min nie da się nawet dostać do obleganego ToiToi’a, nie mówiąc już o rozgrzewce. Z zapchanymi zatokami i kaszlem gruźlika podchodzę do pierwszego balda. Problemy z hiperwentylacją sprawiają, że połowę skurczy robię praktycznie na bezdechu, co skutecznie przyczynia się do ekspresowego wymęczenia organizmu. Inni radzą sobie lepiej. Mar&Bejb zadbali o to, by każdy miał się po czym powspinać.

Wśród 10 przystawek znalazły się czujne piony dla masochistów i propozycje dla tych, którzy nader wszystko cenią sobie ruchy nie przemęczające mięśni nóg. 2 godziny czasu na grupę pozwoliły na bezstresowe rozprawienie się ze wszystkimi problemami. Zwłaszcza z tak przychylnym nastawieniem sędziów, którzy momentami sprawiali wrażenie, jakby najchętniej wpisali wszystkim topy i poszli do domu.

A może wymiany zdań typu:
- Chodź podpisz mi się jeszcze.
- Ale ja tego nie zrobiłem…
- No przecież widziałam, że zrobiłeś.
- Nie… przecież szedłem od połowy, tylko próbowałem ruchy…
- Naprawdę? Aaa…
miały jedynie na celu zmotywować zawodników do dalszej walki ?

Po eliminacjach zaciągnęliśmy opinii lokalsów i zdecydowaliśmy się na sprawdzony patent – Chińczyka. I tu byliśmy o krok od przyznania Maćkowi Kalicie zasłużonej dyskwy. Powody: sos słodko-kwaśny nie był ani słodki, ani kwaśny; w daniach z mięsem najmniej było mięsa, a porcją ryżu nie najadłaby się nawet mrówka. Niesmak pozostał i nie poradziły sobie z nim nawet całkiem niezłe soki z Guawy i Aloesu . Winowajcę od kary uchroniła rozbrajająca szczerość. Postawiony bowiem następnego dnia pod murem, stwierdził, że w Tarnowie po prostu nie ma innego Chińczyka. I choć ciężko było nam w to uwierzyć (w Lublinie mają co najmniej 2, prawda Gosia?) to jednak przyjęliśmy to na nasze wysportowane klaty i pozostaliśmy tolerancyjni, wciąż trochę nie dowierzając, że są jeszcze takie miejsca w Polsce.

Poniżej obszerna galeria autorstwa Piotra Góryjowskiego !
(tak, ta sama co w poprzednim newsie ;)

Następnego dnia, ciągle nieco przerażeni wyżej opisanym stanem rzeczy, ale pełni optymizmu i energii na najbliższe kilkanaście godzin, po bolesnej walce z zakwasami stawiliśmy się w strefie izolacji, by stoczyć kolejny bój, jak się okazuje – głównie mentalny.
- Bądź koleżanką, potrzebuję tych 2 kafli.
- Nie wciągaj mnie w swoje chore gierki. Nie wzbudzisz we mnie litości.
- Co wy z tym 10-tym miejscem… chu**we jakieś
- No jak to, przecież za 10-te…
- Ciiii!! Ona nic nie wie, nie mów jej!!!!!

Przyjacielska atmosfera siostrzanej pomocy i solidarności prysła i zamieniła się w ukradkowe spojrzenia i szepty. Po podłodze zaczęły walać się „przypadkowo” upuszczone skórki od bananów, a w obieg poszły bliżej niezidentyfikowane płyny mało naturalnej barwy. Jedynie oczywiste faworytki do nagród głównych mogły pozwolić sobie na wyluzowaną rozmowę o butach wspinaczkowych, nie bojąc się jednocześnie, że zaraz potkną się o któryś z nich.

Najbardziej zastraszone zawodniczki szukały azylu w odległym ToiToi’u, oczywiście pod warunkiem, że zdołały ubłagać najbliższego członka La Roca Team o pozwolenie na siku. Determinację awansu jak najbliżej 10-tej pozycji widać było również u Panów. Już pierwsi zawodnicy gotowi byli spróbować niemalże każdego patentu, by sięgnąć po upragniony TOP.

Prawdziwą siłę woli (i nie tylko) pokazał m.in. Łukasz Smagała, który na drugim baldzie półfinałowym udowodnił, że dobry wspinacz wcale nie równa się rozciągnięty wspinacz. Wizjonerskie wyjście z haczenia piąty, tak pieczołowicie dopracowane przez routsetterów nie przeszło próby i poddało się bezkompromisowej sile muskuł. Patent, jakby podświadomie (wszak wiadomo, że komunikacja się ze strefą oznacza ostracyzm społeczny) podchwycony przez resztę zawodników ostatecznie potwierdził plotkę głoszącą, że prawdziwa siła techniki się nie boi, a zawołanie „wypuść nogi i daj im odpocząć” potrafi być uzasadnione nawet przy wejściu w połóg. Sytuacja zaczęła się rozkręcać, a prawdziwy dramat miał miejsce na ostatniej męskiej przystawce, która nieważne z nogami czy bez, gięła wszystkich równo. Tu, z lepszej pozycji zdawał się startować Kuba Jodłowski, który ze swoimi 4 metrami wzrostu bez większego wysiłku sięgał do kolejnych chwytów… niestety tylko po to, by ostatecznie minąć się z TOPem o jakieś 0,000001 mm. Wrzask rozpaczy widowni i niedowierzanie zmieszane ze zniesmaczeniem u samego zainteresowanego. Siły starczyło jeszcze na 2 próby, niestety już nie tak owocne… ale również nie takie daremne. Jodłoś może i utopił szanse na awans do finału, jednak wyświadczył również przysługę koledze z Krakowa, pozwalając mu tym samym zgarnąć premiowaną 10-tą lokatę. Grzesiek Lenartowicz wyjechał z Tarnowa jednocześnie wypoczęty i bogaty.

Myślę, że śmiało można przyznać, iż problemy finałowe prezentowały sobą to, co w boulderingu najlepsze i najbardziej widowiskowe. Tu, zwierzęcą moc pokazał nie kto inny, a Tomek Oleksy, który wprost zdeklasował rywali. Podczas gdy sędziowie odkrywali kolejne przepisy PZA, a pomoc techniczna przypominała sobie jak czyści się chwyty, Kinga Ociepka odstawiała resztę finalistek o kolejne TOPy, pokonując każdy z problemów bez jednego sapnięcia. Zawodnicy miażdżyli chwyty, a widownię, oprócz wspaniałego widowiska miażdżyła również interesująca konferansjerka. Ścianki były pokonywane w bardzo dobrych czasach (wiadomo bowiem, że w Tarnowie czas nie jest bez znaczenia), a zawodnicy kończyli baldy nawet gdy szli od połowy.

Uwadze komentatora nie umknęły nawet najbardziej obsceniczne manerwy. Ciągnął bowiem Konrad i to całkiem nieźle i długo. Potem ciągnęła Klaudia, ale ostatecznie nie podołała i ciągnięcie musiała przejąć następna para finalistów. Gdy to jakże męczące zajęcie doprowadziło wszystkich do kresu wytrzymałości, a Toma jako jedyny sięgnął po bonus na ostatnim baldzie, przyszła pora na wręczenie czeków wielkości chwytotablic.

Na zdjęciach zauważycie, że najbardziej szczerzą się (z oczywistych powodów) zdobywcy szczęśliwych 10-tek. Irytacja to znak rozpoznawczy zawodników z 9-tych lokat, a spełnienie już tych najlepszych.

10te miejsce było marzeniem wielu i równie wielu musiało obejść się smakiem. Najbardziej bolą lokaty 9 i 11. 11 dlatego, że było blisko; 9 bo było się lepszym niż 10, a dostało się nieporównywalnie mniej. Na MP nie będzie już takich bonusów. I niech to będzie główną motywacją przez najbliższe 2 miesiące.

Kierując się myślą „ta zniewaga żelaza wymaga” życzę wszystkim zawodnikom owocnego zładunu i niesłabnącego zapału. Wszak nie od dziś wiadomo, że na Koronie dyskryminują słabszych! :-)

Do zobaczenia na KFG!
Monika ‘Ryba’ Młodecka 

Brak powiązanych wiadomości