Climb.PL: Jesteś jednym z bardziej doświadczonych wspinaczy w Polsce jeśli chodzi o wyjazdy eksploracyjne. Byłeś w Indiach, Tajlandii, Chinach. Powiedz jak się do tego zabrać, jaki jest przepis do twoich podróży?

Jacek Kudłaty :To naturalna kolej rzeczy, jak by nie liczyć na początku mojego wspinania, czyli 20 lat temu i plany miałem, bardziej osiągalne, czyli była to jakaś Francja, była to jakaś Hiszpania. To było w tamtych czasach prawie tak szalone jak dzisiaj Australia czy Chiny. Na szczęście dzisiaj te wszystkie lata zebrane razem zaowocowały. Kluczem do takich historii, oprócz logistyki oczywiście, jest konkretny układ finansowy ze sponsorem. Na szczęście taki jest i mogę te plany realizować.

Myślę, że ważne jak w każdym sporcie i nie tylko w sporcie jest trzymać się swego, robić swoje, a prędzej czy później jest szansa, nie mówię pewnik, że to tak będzie. Nie można się na to napinać w pierwszym czy drugim roku wspinania. Wspinam się 20 lat i w pewnym sensie jest to jakaś naturalna kolej rzeczy. W tamtych czasach nie było myślenia o sponsorach, fajnie że to się wydarzyło, i że dzięki temu mogę realizować moje plany. najlepiej nie liczyć na nic, robić swoje i wcześniej czy później się uda…

15australia_arka_waldiego

Ekipa na Arce Waldiego (fot. Jacek Kudłaty/SIGMA/Pro)

img_5117

Jacek Kudłaty i Jacek Matuszek (foto.butcher)

CPL: W Australii byłeś 2 miesiące. Podróż przez Australię – jak to się odbywa.?
JK: Trochę szalony plan sobie przyjęliśmy patrząc z perspektywy czasu – przejechać cały kontynent. Pewnie nie będziemy jeździć tam co roku, ani co 5 lat, taki trip zdarza się prawdopodobnie raz w życiu. Chcieliśmy przebyć cały kontynent, a kontynent mimo że najmniejszy na świecie, to jednak potężny. Dużo czasu spędziliśmy w aucie. Pewnie z perspektywy dnia dzisiejszego wolelibyśmy spędzić więcej tego czasu w skałach. Co 2-3 tyś.km jest jakiś rejon w którym np. jest fantastycznych, ale 20 dróg – to jednak nic dobrego. W trakcie samego przejazdu przez Australię zdobyliśmy 10 000 km w aucie. To jest mnóstwo! To jest dwa razy do Hiszpanii i zpowrotem, i jeszcze troszkę. I jak by ktoś powiedział w Europie, że następne skały są w Lizbonie i trzeba tam dojechać, to pewnie nikt z nas by się nie ruszył. Takie są realia w Australii.

26australia2_esperanza

Mateo na swoim psychicznym problemie “Esperanza” 7b+ (fot. Jacek Kudłaty/SIGMA/Pro)

CPL:Co zapadło ci w pamięć podczas samej drogi?
JK: Na pewno Australia jest innym kontynentem i takim prawdziwym końcem świata. Dziko żyjąca, dzika przyroda, najpierw rzucaliśmy się na tego typu zjawiska. (Jedziesz i nagle dajesz po hamulcach i wymijasz stadko kangurów ?) Z grubsza tak się dzieje. W nocy nie ma jeżdżenia w ogóle, bo kangury ciągną do światła. To są sympatyczne zwierzęta, które można np. obejrzeć jak wychodzą rodzinami na zachód słońca, siadają do światła i patrzą się w zachodzące słońce. Jest bardzo romantycznie, ale jest druga strona medalu, tak samo wychodzą do świateł w nocy – nie ma podróżowania nocą.

Roadtrain’y, takie potężne ciężarówki 40′sto metrowe, ciężarówki po 3-4 naczepy, robią niezłą masakrę zwłaszcza w west Australii gdzie, jest jeden highway, zresztą sztucznie utrzymywany przez rząd, bo kompletnie niedochodowy. Hihgway to jest jeden pas w jedną stronę, drugi w drugą, czyli nic w naszym rozumieniu autostrady. Co 300 400 km stacja benzynowa, gdzie w zasadzie możemy sobie dolać benzyny i kupić coś do picia, także jest grubo, nawet jadąc autem co jakiś czas jakiegoś szaleńca się tam mija na rowerku, gdzieś tam poboczem pomykającego.

Ale częściej widzi się zwierzynę – rozprasowaną … to jest smutne. Także podróż przez Nuralbol, tak nazywa się ta kraina – pustkowie w zasadzie 3000 km na południe Australii, to psychicznie dosyć ciężkie doświadczenie. W ciągu dnia minąć 200 ciał rozjechanych kangurzych, to nic ciekawego – nikomu nie życzę.

15australia_root_canal

Mateo w swoim stylu pokonuje “Root Canal” 26 (7b+)
(fot. Jacek Kudłaty/SIGMA/Pro)

CPL: Najciekawszy rejon skalny, który urzekł cię i myślisz żeby tam wrócić?
JK: Niewątpliwie najpiękniejszą ścianą, która nam przeszła obok nosa, na którą tak na prawdę od początku najbardziej się czailiśmy był Taipan Wall w Griampans’ach. Faktycznie piaskowiec jak najbardziej przyjazny wspinaczom, nawet maleńka krawądeczka jest super lita, fantastyczne wspinanie. Ściana 100 metrowa, nieprawdopodobnie kolorowe ścieki biegnące z góry na dół, niesamowita formacja, a pech chciał, że po kilku dniach wspinania w Griampans’ach, kiedy właśnie czailiśmy się na 2 obite drogi na tej ścianie, bo tak na prawdę wszędzie trzeba tkać kostki; to też inna historia, z którą no nie do końca byliśmy zaznajomieni jadąc do Australii.

Mocny wpływ szkoły brytyjskiej, także po dwóch spitach jest jakiś tam kawałek szczelinki, trzeba ładować kosteczkę, później frienda, później znowu się pojawia jeden spit. Nic do zjazdu nie ma, także dosyć egzotycznie. Natomiast niewątpliwie najbardziej żałujemy Taipan’a, którego tak naprawdę nawet nie dotknęliśmy, i który w skali świata jest jedną z piękniejszych ścian do wspinaczki sportowej jakie kiedykolwiek widziałem.

CLP: Podczas takiego wyjazdu dużo się dzieje w tzw. sferze socjalnej, co było jajem wyjazdu?
JK: U nas zwroty akcji są non stop, także chłopcy ze mną to już ledwo wytrzymują. Zwłaszcza Sławek – filmowiec, bardzo lubi sobie coś zplanować, a wieczorem jest już całkiem inna opcja, rano patrzymy na pogodę, albo tysiąc innych okoliczności i znowu zmiana planów. Myślę, że na tyle już jesteśmy zgrani po tych paru wyjazdach w tym samym składzie, że nawzajem się tolerujemy. Nie powiem, było doświadczeniem dosyć mocnym dwa miesiące w zasadzie na 4-5 metrach kwadratowych, żyjąc w czwórkę, mając lodówkę, spanie i zlew – no co tu gadać, jeden zostawi brudny gar i jest awaria tego wszystkiego – trzeba wykazać się dużą dawką tolerancji.

12australia3_taipan_wall

Taipan Wall – bez komentarza (fot. Jacek Kudłaty/SIGMA/Pro)

CLP: A takie historie, że ktoś zapomniał bet i trzeba było wracać po niego 200km na skuterku jak miały miejsve w Indiach?
JK: Nie, nie w realiach australijskich lepiej było nie zapominać, bo to by się wiązało raczej z pożegnaniem. Jechaliśmy twardo w jedną stronę z zachodu na wschód, celem było przemierzenie Australii drogą lądową. Jeszcze 30 lat temu napisali by o nas w lokalnej gazecie, bo był to duży wyczyn przejechanie Nuralbol. Dzisiaj plasowaliśmy się w jednym szeregu między killer’ami z tirów, którzy rozjeżdżają po nocy kangury, a dziadkami w campowozach przypominających pionierskie czasy.

CPL:Po takiej podróży coś utkwiło ci w pamięci i zaczęło kiełkować – co jest następnym celem?
JK:Plan B, przynajmniej na rok do przodu zawsze mam, i on był nawet przed australią a nie po powrocie. Po tych wszystkich latach, kiedy podróżowaliśmy po Azji, teraz byliśmy w Australii, chcielibyśmy pojechać w trochę inny klimat – Ameryki Południowej. Jeśli chodzi o wspinanie, będę się starał, żeby był to bardziej stacjonarny wyjazd, w sensie: więcej wspinania, mniej przemieszczania na miejscu. W czasie podróży odwiedziliśmy 5-6 rejonów w Australii, w żadnym z nich nie byliśmy więcej niż tydzień. Ten kto się wspina ma świadomość jak to jest, zanim przywykniesz do skały, to tak naprawdę już pędzisz dalej. W trakcie przemiarzania tego kontynenty 4 razy przestawiasz zegarek o godzinę, to jest po prostu kawał drogi.

12australia3_gacek_gallery

Gacek na “Two Tribes” 24 (7a+), Gallery

CLP: Wspinasz się 20 lat, jak czujesz w jakim kierunku podąża twoja kariera. Czy tak jak inni ze skałek zamierzasz przenieść się w góry wysokie i wielkie ściany ?
JK: W Australii u progu lata, kiedy przywitał nas śnieg na pewno nie myślałem, że kiedykolwiek pójdę w góry. (śmiech) Nie, nie. Myślę, że na razie to co robię sprawia mi satysfakcję – poznawanie świata przez wspinanie.

CLP:Czyli nie myślisz o wielkich ścianach?

JK:Myślę, taką koncepcję mieliśmy w Blue Mountains w Australii, bo ściany 300 metrowe, aż prosiły się o wytyczenie nowej linii. Kiedy wykonaliśmy kilka zjazdów i zobaczyliśmy ile jest tam kruszyzny – powiem krótko: syfu, ruchomych bloków, i jak łatwe są te ściany w pionie, ograniczyliśmy się do wytyczenia pierwszych wyciągów, które statrują z trawiastych półek 150 metrów nad ziemią w pięknej ekspozycji i litej skale. Uważam, że nie ma sensu robić czegoś na siłę, czegoś pod publiczkę, czegoś pod sponsorów. Wiadomo jednym razem się uda znaleźć kawał fantastycznej ściany i wytyczyć drogę o trudnościach 8b, innym razem tak jak teraz, będzie to 7c. Żałujemy, że nie znaleźliśmy ściany odpowiednio trudnej, która jest troche łatwiejsza od naszych maksymalnych możliwości, ale to jest natura i to trzeba przyjąć.

30australia4_sponsorzy12australia3_patronat

Brak powiązanych wiadomości