Rodellar, 16/08/2008 Hiszpania
To już półtorej miesiąca we wspinaczkowej podroży. Miejsca i ludzie zdają układać się w szereg którego mianownikiem jest wspinanie.

Zielony bolid znowu mknie szwajcarskimi autostradami , które swą krętością przypominają te z thrillerów filmów drogi. Posuwamy się w żółwim tempie, zaliczając po drodze wszystkie parkingi bo Dareczek musi zrobić zdjęcie! Nic dziwnego jest pierwszy raz w Alpach. Szwajcaria kojarzy się z zegarkami, serem, czekoladą; dla nas będzie się kojarzyć z tunelami. Jeśli kiedykolwiek wybieraliście się do Magic Woods [i tam nie dotarliście] lub przejeżdżaliście pod przełęczą St. Gottard będziecie wiedzieli o czym pisze.



W Bernie, krótka wizyta w sklepie czekoladowym przypomina nam, że Szwajcaria to money cleaner. Nie stać nas na smakołyki w postaci 4kg czekolady, wychodzimy tylko z jej 100g siostrzyczką Trobeldone. Jedziemy do Gastlosen po drodze zahaczajac o most we Fribourgu, gdzie wspinanie jest wyjątkowej urody jak na drogi po plastykowych chwytach; 30 metrowe linie w przewieszeniu przechodzącym w dach, swoim charaktarem przywołują na myśl drogi z Ceuse.

W końcu lądujemy na parkingu pod Gastlosen. Najlepszy wspin jest latem. 1900 m.n.p.m. i wiatr stwarają idealne warunki. Skała jest bardzo ostra, opuszki już po jednym dniu wołają o pomoc. Za to wszystkie oblaki z sterczącymi z nich igiełkami stają się idealnymi chwytami. Nazwę tego mijesca można tłumaczyć jako – (miejsce) ‘bez gości’. O niegościnności dowiadujemy się kiedy napaleni na doskonałej jakości wapień, uderzamy pod ściany z samego rana, które o tej porze są jeszcze w cieniu, co w połączeniu z wyskością powoduje, że czujemy się jak w lodówce i nie jesteśmy w stanie się rozgrzać nawet na 6c po wiadro-lochach. Uskuteczniamy bouldering na linie na kamolach które łaskawie wygrzewają się w słońcu. Kiedy w końcu słonce zawita na ściany około 15 zaczyna się wspin. Jednowyciągowe drogi wyglądają tu śmiesznie, przy potędze 220 metrowych ścian, na których zostały wytyczone. Gastlosen jest perełką ze swoimi wileowyciągowymi liniami , które są mocno pouczające. Jednak sektor szybko zrazi nawet najbardziej zatwardziałych swymi ostrymi krawądkami, które bezlitośnie zapisują na skórze każdy przebyty metr.

Następny przystanek Zillertal, który przywitał nas swym zachmurzonym obliczem. Przyjechaliśmy spotkać gwiazdy wspinania sportowego, powspinać się w granicie, a wszystko to w rytmie wspinaczkowej fiesty.

Więcej zdjęć w galerii

Imprezę rozpoczynamy wieczorem od piwka i slideshow przygotowanego przez lokalsów na temat eksploracji doliny. Z przykrością przyznać muszę, że nie był to pokaz zachwycający. Był po porstu słaby, a niedoskonałości starano się ukryć pod nudnawą konferansjerką.

Na szczęście dzień kolejny zapowiadał się obiecująco. Ostre słońce odbijało się jeszcze od granitowych płyt, które wciąż czekały na wiatr, który zdejmie z nich niewspinaczkową powłoczkę. Ruszyliśmy w dolinę- River Projekt to linia otwarta specjalnie na rock tripa. Przewieszona płyta poprzecinana żyłkami pęknięć wciąż płacze pochylając się nad strumieniem obmywającym jej stopy – dziś wspinu tu nie będzie. Przenosimy się na Oberebergstation. Drepcząc pod sektor spotykamy Chrispin’a, Daniego, i Dajle. Odczekujemy chwilę, aż znikną w lesie i zaczynamy tropienie. Dziś hot spot jest na Ewige Jagdgrunde. Chłopaki po kolei wciągają Silmalliroin’a 8b w 2-gich próbach. Dani na ostatnich przechwytach napina się, wygląda jak by ‘walczył o życie’, publika zamiera na chwile. Dalekie sięgnięcie do podchwytu, pełne napięcie ciała, na dole zrywa się doping, Dani mając rękę tuż obok chwytu strzepuje ją delikatnie. Wszyscy uśmiechają się szeroko – niezła zagrywka pod publikę ;] Markus próbuje odhaczyć boulderowy projekt, który opiera skutecznie jego ataki.

Ze wszystkich dróg wokół zwisają liny. Przyjemny i życzliwy gwar panuje pod skałami – moja lina, twoje ekspresy nie grają tu roli, pierwsze skrzypce gra tu wspinanie. Co jakiś czas wrzawa cichnie gdy, ktoś próbuje ruchów na ‘Love 2.0′ znajdując się tym samym pod snajperskim ostrzałem fotografów. Wieczór należy do gwiazd: Tony Lamische, Stive McLure i Lynn Hill, która jako jedyna podeszła profesionalnie do tematu prezentując slide show, które zgarnęło najwięcej oklasków wśród publiczności.

Dzień drugi – miałem restować przed competition dnia następnego, a Dareczek boulderować na Zillergrund’zie. Skończyło się tak jak myślałem, plany szlag trafił. W obliczu niezliczonej ilości kosmicznie wyglądających boulderów pod którymi roiło się od łojantów uległem pokusie i poddałem się wspinaczkowej fieście. Czego podsumowaniem było zdarcie do krwi skóry, nie tylko z opuszków palców, porzewspinanie kilku znakomitych boulderów i loty z ostatniego chwytu na boulderze 7c/8a. Filmowy wieczór zapowiadał się gorąco. Europejska premiera Dosage 5 Josh’a Lowella, który swoją serią stworzył nową jakość dla filmu wspinaczkowego, rozpaliła nas tak, że nie mogliśmy się doczekać dnia następnego by znowy poczuć pod opuszkai palców granitowe mikro krawądki z filmu rodem -(może kolejna część trafi do kin nie tylko na jednorazowe projekcje).

Competiotion day nie różnił się niczym od pozostałych. Leniwie o 9 otworzyliśmy pierwsze oko. Sporządziliśmy obfite śniadanie podwajając porcje, po czym jak beczki potoczyliśmy się w kierunku Ewige Jagdgrunde, które zdawało się być idealnym celem wspinaczkowym tego dnia. Przygarnęliśmy austryjaczkę poznaną podczas wspólnych wygłupów na slacku. Dareczek umierał – chyba kabanosy mu nie służą, także zmieniłem asekuranta na asekurantkę. Zamieszanie i wyjątkowy tłum pod ścianami nie ‘pozwolił’ pro-fotografom dostrzec kolesia, który jak na pierwszy rzut oka rozgrzewał się pod okapem (chciałem właśnie uderzyć na tą drogę) , ale wszedł w kluczową sekwencje 8a nie zauważyłem u niego liny ani ekspresów. Pomyślałem: ‘trzymaj się, bo nie chce patrzeć umierasz!’ Atletyczne ciało wygięło się na strzale do oblaków potem sięgnięciu do krawądki. Złość mnie rozsadzała, że nie mam przy sobie aparatu, ani że nikt  pro-fotografów tego nie widzi. Nie wiedziałem czy biec po aparat czy stać i przyglądać się spektaklowi, którego wynik przysparza gęsiej skórki. Potem widziałem tylko uściski kolegów i zdawkowe gratulacje znajomych. Wstawka z liną w chwile po tym wydarzeniu wydała mi się mocno nie na miejscu.

Wspinaczkową pasję przerwała nam popołudniowa burza. Nasza austryjaczka zjeżdżała z drogi w strugach deszczu czyszcząc całą ścianę z ekspresów. Nie było już szansy na wspin, choć jeszcze było trochę skóry na palcach, które spod plastrów sączyły krew. Wahałem się do ostatnich chwili czy w ogóle oddać moją score card z tak małą ilością punktów, gdyż wiedziałem, że stać mnie na więcej , ale deszcz pokrzyżował mi plany. To był dobry dzień jak każdy, bez ciśnienia, z masą dobrego wspinania i pozytywnej energii. Tym bardziej cieszy 7 miejsce na Rock Tripi’e, które ukoronowaliśmy jednym jasnym Zilleratalerem w Europahaus. Impreza była na koniec, kto nie był niech żałuje tej wspinaczkowej kerwy, na której drinki polewał Markus Schweiger.

Więcej zdjęć w galerii

Foty By Darek, (dzięki za foty – Mistrzu… ;)

Brak powiązanych wiadomości