- Strona główna
- Kalendarz
- Test butów
- Newsy
- Galeria
- Poradnik wspinaczkowy
- Prawie wszystko o karabinkach
- Metody asekuracji
- Jak wybrać uprząż wspinaczkową ?
- Buty wspinaczkowe Rock Pillars
- Skale trudności dróg wspinaczkowych
- Dziesięć zasad bezpiecznego wspinania
- Umiejętność asekuracji i operowania liną
- Węzły – niezbędne do przetrwania
- Przyrządy asekuracyjne
- Trening…? A na co to komu?! cz.1
- Ręce – pielegnacja
- 10 zasad treningu – by Udo Neumann
- Urazy ręki we wspinaczce sportowej
- Urazy palców: przyczyny i profilaktyka
- Zbułowanie: jak walczyć z kwasem mlekowym?
- Guma gumie nie równa…
- Woda – gasi pragnienie, skraca cierpienie
- Lód – dobry nie tylko w letni skwar
- Technika asekuracji i miękkie loty
- Stopy i stopnie. Pracuj nie tylko głową!
- Prana: jak oddychać?
- Nie tylko dla konia: uprząż
- Cienka granica czyli krótko o linach wspinaczkowych
- Rodzaje treningu na Campusie – Poradnik Wideo
- Interaktywny Przewodnik
- Filmy
- Pogoda
- Artykuły
- Kącik komiksu
- Kontakt
Mit o słonecznej Hiszpanii
Pewnego dnia, odwiedziła mnie pewna pani; zacząwszy w te słowa- rzekła: “Jak już wiesz, aktualnie przebywam w Siuranie!
Zajebiste miejsce! Zajebiste , trudne drogi, zajebiści ludzie – choć trochę za dużo tu Angoli… i generalnie West jest zajebisty, o ile nie dupi z nieba non stop i krew Cie nie zalewa z powodu niemożności wspinania bo k… zimno!”

fot. Ola Taistra
Ostatnie dwa, bardzo zimne i deszczowe dni we francuskim St. Leger przekonały mnie i Sebastiana o konieczności opuszczenia tego miejsca jak najszybciej. Pomimo sukcesywnych wspinek na: 7c, 7c+ OS i 7c+/8a FL cieszyła mnie perspektywa cieplutkiej i słonecznej Hiszpanii.
W drodze do Siurany postanowiliśmy zatrzymać się w Terradets. Niestety nic z tego nie wyszło. Zlewa, jaka przywitała nas w rejonie, zmusiła do zmiany planów, a namiastkę skał mogłam jedynie zobaczyć przez szybę samochodu oddalającego się w kierunku Siurany.
Tak oto rozpoczęła się hiszpańska, zła (co się okazało, trwająca przez kolejne kilkanaście dni z maleńką przerwą) passa.
Siurana – to miejsce, które od dawna chciałam odwiedzić.
Pomimo tego, że zupełnie inaczej sobie je wyobrażałam, dosłownie uklęknęłam przed reprezentacyjną ścianą rejonu – El Patii.
Zaskoczyła mnie ilość rys i rysek, zacięć i połogów, które okazały się być wizytówką rejonu!
Przecież! Sama La Rambla i jej wszelkie warianty rozpoczyna właśnie rysa!
Jak zdążyłam szybko zauważyć, rejon idealnie przygotowuje pod wspinanie w Tatrach i formacjach tatropodobnych.

fot. Ola Taistra
Jednak do rzeczy. Pierwsze dwa dni pobytu w Siuranie okazały się być bardzo, ale to bardzo słoneczne. Nie mogłam zrozumieć narzekających i cieszących się powrotem do PL rodaków, którzy od tygodni marzli w (jak mi się wydawało) słonecznej Hiszpanii.
Po kilku dniach zrozumiałam i mocno podzielałam ich niezadowolenie. Wszystko, co zafundowa nam matka natura przez minione kilkanaście dni, mogłabym określić jednym słowem – horror!
Wspinanie w zimnie, deszczu i towarzyszącym wietrze nie stanowiło przyjemności!
Palce niczym zdrewniałe kikuty odmawiały posłuszeństwa i trzymania się czegokolwiek.
Powrót do ciepłego, suchego namiotu był niesamowitym grantem po całym dniu walki o przetrwanie… o ile był ciepły i suchy! W moim przypadku nie był, gdyż w trakcie jednej z ulew (oberwanie chmury) stworzona przez deszcz rzeka przepływająca przez camp musiała akurat wpłynąć centralnie do przedsionka mojego namiotu. Siedząc bezradnie w sypialni żółtego Alpinusa, wyczuwając pod podłogą zbierające się bajoro, czułam się niczym na łóżku wodnym.
Szybka ewakuacja, krzyk ratunku do nieświadomego, relaksującego się w samochodzie przy dźwiękach muzyki Sebastiana – „Sebastian POTOP!!!” i przyspieszona reakcja w ratowaniu przed wodą i błotem wszystkiego co pod ręką była (jak to stwierdził później mój partner) pewnym „urozmaiceniem dnia codziennego”.Piękne mi urozmaicenie, kiedy przez kolejne dni usiłowałam wysuszyć gnijące szmaty, a zakupione w minionego resta sery, owoce i inne pyszności szlag trafił!
Spędzając kolejne noce w VW combi, wygodnie leżąc w ciepłym śpiworku (jedyne co udało mi się ocalić przed powodzią), zastanawiałam się, jak długo to jeszcze potrwa, przecież nie może lać w nieskończoność, a śnieg w Rodellar (kolejny etap tripu) musi wreszcie stopnieć!
Wreszcie przejaśniało. Na myśl o powrocie do namiotu (który przesechł) buzia mi się uśmiechnęła… ale nie na długo! Świrnięte kocury, biegające w tę i z powrotem na terenie campu dobrały mi się do namiotu. Przeżywające okres godowy urządziły sobie plac zabaw w moim Alpinusie. Taśma klejąca w ruch i oby nie padało, bo zamysłem producenta szarego lepidła nie było uszczelnianie dziur w namiocie powstałych przez kocie pazury!
Informacja praktyczna:
Jeżeli ktoś zabookował sobie bilety do słonecznej Hiszpanii, powinien poważnie rozważyć opcję zmiany planu na wszystko inne, co bardziej słoneczne ;)
PozdrawiamOla Taistra
Brak powiązanych wiadomości
| Drukuj artykuł | Ten wpis został napisany przez Jaca na 27 kwietnia 2008 o 19:31, i jest w kategorii Wiadomości. Podążaj za odpowiedziami do tego wpisu przez RSS 2.0. Możesz napisać komentarz, lub trackbacka z Twojej własnej strony. |

















około 1 lat temu
“Ten wpis został dodany w niedziela, Kwiecień 27th, 2008…”
około 1 lat temu
hej, a kiedy byliscie na tym wspinie?